wtorek, 7 sierpnia 2018

NA ostatnią CHWILĘ, czyli W SAMĄ PORĘ

Sprzątanie na ostatnią chwilę jest dla mnie czymś na pograniczu kłamstwa. Jeżeli mam bałagan i sprzątam w czasie kiedy goście wysiadają z auta, to oszukuję ich, a to niezgodne z moim sumieniem. To samo z ocenami w szkole. Uważałam, że jeżeli przez cały semestr osiągałam wyniki na poziomie 4, to oszustwem jest tzw. "zdawanie na wyższą ocenę", które zawsze pod koniec roku miało miejsce. Wystarczyło się nauczyć konkretnych tematów i dostać z odpowiedzi piątkę, wtedy średnia ocen, czy inna mediana podskakiwała i na świadectwie była "piątka". Zdarzało mi się, że odmawiałam takiego "zdawania", bo miałam wrażenie, że to było nie fair w stosunku do tych, którzy na swoje 5-ki na świadectwie uczciwie zapracowali. 
Jakże byłam naiwna ja!
Później na studiach zastanawiałam się jak inni to robią, że mają średnią 5,0?! Przecież też ciężko pracowałam, ale 5,0 wykraczało poza moje wyobrażenia - może w tym rzecz. Teraz wiem - albo raczej przypuszczam - że oni walczą o oceny wtedy, kiedy jest możliwość walki o oceny. Tak jak tuż przed nadejściem gości jest jedyna szansa na upchnięcie kłębu ścierek do spiżarki i umycie umywalki i wykonanie naprawdę wielu czynności z taką prędkością i precyzją o jaką bym siebie nigdy nie podejrzewała. 
Oni - zajeżdżają na podwórko, oczywiście w slowmotion. Wzniecają kurz, który majestatycznie owiewa koła samochodu. Przetacza się suchy kulisty krzak. Ja - spoglądam przez kuchenne okno. W napięciu przebieram palcami po kiju od miotły. Zwężają się źrenice. Muzyka jak w starym westernie, a w tle krzyczy jastrząb. Nagle czas zwalnia, natomiast ja maksymalnie przyśpieszam. Zanim dzieci zdążą odpiąć pasy w samochodzie, kończę zamiatanie. Biegam wymijając obfitymi biodrami sprzęty domowe. Jednym rzutem oka oceniam, które fanty stoją w niewłaściwych miejscach i z dokładnością maszyny ustawiam wszystko. Wygląda jak w katalogu Ikea, zostawiam na stole kilka rzeczy, żeby stworzyć atmosferę przytulności i w duchu dziękuję producentowi, że stworzył tak pojemną zmywarkę. Zmieści się nawet to, czego nie powinno tam być. Goście w tym czasie wysiadają z pojazdu i rozglądają się oceniając sytuację. Nadchodzi moment, kiedy z auta wyłoni się największy postrach pań domu, czyli Babcia. Dobrze, że tak wolno chodzi. Atmosfera zagęszcza się do konsystencji budyniu. Teraz moje ostatnie podrygi. Przecieram fronty szafek, chowam mokrą szmatę do szuflady, zrywam ścierki z wieszaka żeby wrzucić je do spiżarki. To koniec. Wchodzą po schodach. Cisza i echo kroków obijające się w nieskończoność po korytarzu. Na koniec pranie (czyste!), które wytworzyło już własną inteligencję i skolonizowało sąsiadujące terytoria, zostaje przyczajone za zamkniętymi drzwiami. - "Ooo!Dzień dobry babciu, jak miło że wpadliście! Przepraszam, nie zdążyłam posprzątać. Zapraszam do środka."
Do niedawna traktowałam to jako ściemę. Teraz już wiem, że z czystym sumieniem można to nazwać HIGH PERFORMANCE, czyli "na pełnej ******", no dobra, dobra, "na pełnych obrotach". Trochę mnie smuci, że nie umiem funkcjonować tak cały czas - bo bardzo bym chciała! Ale wtedy pewnie umarłabym z wycieńczenia, albo zaczęła szukać dealera amfetaminy, czy czegośtam. I tak czasem było (tylko bez tych narkotyków... bez przesady). Wykańczałam się, efekty były przeciętne, a ja lądowałam odwodniona, zasłabnięta, zapalona jakimś katarem, a nawet zdarzały mi się epizody szpitalne. Tak być przecież nie może! 
Przy high-performance ekstremalnie ważne jest też, żeby nauczyć się low-performance. Są momenty i jest ich znacznie więcej niż tych "high", że nie warto dokręcać śrubki. Wtedy kiedy muszę całą uwagę poświęcić malutkiemu człowiekowi, który denerwuje się, że nie potrafi założyć koszulki i muszę do tego podejść ze spokojem i empatią, bo inaczej będzie tragedia narodowa. Kiedy jutro przyjeżdżają goście, a mi o północy nie wyszło ciasto. Kiedy chciałabym narysować coś na bloga, a tu mama kupa, mama boję się, jestem głodna, zapomniałam o praniu, dzidziuś płacze...

Teraz, kiedy piszę ten post, przyjechała do mnie koleżanka ze swoimi trzema dziećmi i pilnuje moich 3 dzieci (to dopiero jest high performance!) żebym mogła napisać ten post. Za chwilę idziemy robić lunch. Oczywiście sprzątałam na ostatnią chwilę.
Przestawiam się na luz i idę robić gofry. Będzie bardzo dużo gofrów.

CO ZAWSZE ROBISZ NA OSTATNIĄ CHWILĘ? MASZ SWÓJ SPOSÓB NA ZWIĘKSZENIE WYDAJNOŚCI? PISZ W KOMENTARZU <3

poniedziałek, 16 lipca 2018

Poczucie możliwości

Gdzie jest wolność, jak ją znajduję i jakie są skutki. Ograniczenia jakie sobie stawiam i jakie akceptuję wytyczają moją drogę. Czy nią podążę, to inna sprawa. 

Namalowałam.
Malowanie to jedna z rzeczy, którą naiwnie, autentycznie i organicznie uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Miękkość i śliskość farb pod pędzlem daje mi dziką radość, a mieszające się przed oczami barwy przyprawiają o coś w rodzaju wewnętrznego śmiechu. Przyjemność wtula się w mózg jak mruczący kot. 
To konkretne dzieło jest owocem pracy z moimi dziećmi, które nie wykorzystały całej farby do swojej zabawy i musiałam coś z nią zrobić. Gdzieniegdzie prześwituje tektura, a cała kompozycja jest naznaczone fakturą wynikającą z pokarbowania kartonu, ogólnie żaaal, ale i tak miałam frajdy co nie miara! 
Podzieliłam się z pewnym człowiekiem refleksją na temat tego, że jako (już nie taka znowu) młoda mama, wiele energii poświęcam żeby mieć chociaż chwilę dla siebie. Za to kiedy dzieci pójdą w świat, pewnie będę poświęcać wiele energii żeby spędzić choć chwilę razem z tymi moimi dziećmi. Będzie to pewnie równie rzadkie, jak te chwile wolności, które teraz mam. 
Odpowiedź tego człowieka nie tylko mnie zaskoczyła, ale też dała mi do myślenia. Tak bardzo, że do teraz mi dźwięczy w głowie. Powiedział tylko - To zależy, co znaczy dla ciebie wolność. 
Tym bardziej mnie to poruszyło, kiedy dowiedziałam się, że ten właśnie człowiek każdą wolną chwilę poświęca na rehabilitację swojego sparaliżowanego brata. W takim kontekście moje poczucie wolności zdecydowanie wzrosło. Trochę jak czytanie "Dziewczynki z zapałkami" w Święta sprawia, że bardziej doceniam proste sprawy. 
Z innej beczki, ale takiej co stoi dość blisko:
Podobno w Leśnym Parku Niespodzianek jakiś zapalony ekolog otworzył klatki z drapieżnymi ptakami. Nie minął dzień, kiedy wszyscy zbiegli znaleźli się z powrotem w swoich więzieniach. Polatali po okolicznych lasach, nacieszyli pióra wiatrem i słońcem, po czym grzecznie wrócili do swoich misek, klatek i opiekunów. Nie wiem, czy to jest prawda, ale na pewno odbywają się tam pokazy z udziałem drapieżnych ptaków, które są wypuszczane, przywoływane mięsem i tak kilka razy, dopóki przylatują. Kiedy się najedzą bezczelnie pozostawiają widownię i wylatują na spacer, a później znów wracają. Naiwni ekolodzy myśleli, że wystarczy dać ptakom wolność, żeby je oswobodzić, ale jednak zniewolenie tkwiło głębiej bo w samych ptasich móżdżkach. Nie znając innej drogi podążyły utartą ścieżką. Robiąc wciąż to samo, osiągamy te same rezultaty. Jeżeli chcesz coś zmienić, musisz coś zmienić.

A CZYM DLA CIEBIE JEST WOLNOŚĆ? CO DAJE CI POCZUCIE WOLNOŚCI?


Zobacz też:          (Lista wszystkich postów)

poniedziałek, 28 maja 2018

5 atrakcji ciążowych, za którymi (nie)będę tęsknić

1. WŁOSY JAK DOCZEPY - Zdecydowanie będę tęsknić
Człowiek codziennie traci jakąś tam ilość włosów i to jest zupełnie naturalne. Moje włosy postanowiły zostać razem ze mną na cały okres ciąży, żeby później w ciągu kilku miesięcy przeprowadzić masową ewakuację. Obrzydlistwo. Jedną z pierwszych fraz, których nauczył się mówić mój starszy syn, była: WŁOS, KILA! I mówił to zawsze z pełnym nienawiści oburzeniem. On tak umie. Trzylatek. 
Po kilku miesiącach w ciąży miałam przepiękną masę włosów. Nie musiałam ich zbyt często męczyć myciem i suszeniem, więc były zdrowe i dopieszczone bogatą dietą. Cud miód orzeszki. Tęsknię. 
2. PŁAKANIE Z BYLE POWODU - Nie będę tęsknić
Drobne niepowodzenie, opowieść, reklama (Ludzie, co ja mam z tymi reklamami?) w dodatku reklama - uwaga - tabletek przeciwbólowych. Przecież to doskonały powód do płaczu. I nie mam tu na myśli elegancko uronionej łzy niczym księżna w operze, lecz spazmatyczny ryk - o nie! - nie szloch, ryk właśnie. Było tak: koleżanka na przerwie w pracy opowiada obyczajową przypowiastkę o rodzinie, niby niewinna sprawa, mama, dzieci, jakieś emocjonalne wyznania. Kończy się na tym, że zażenowani koledzy pocieszają czerwoną, obsmarkaną babę, która nie umie się opanować. Wtedy nie wiedziałam co się ze mną dzieje, niedługo później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Dalej mi głupio. 
3. ŚMIECH Z BYLE POWODU
Z podobnie irracjonalnych powodów co płakanie, wychodził mi głośny, niestosowny chichot. To mi akurat pasowało, bo miałam nagle wiele powodów do radości. Faktem jest, że nigdy nie wiedziałam, czy wyjdzie mi śmiech, czy płacz, a w dodatku często dochodziło do sytuacji, w której jedno z drugim nakładało się i - bynajmniej - nie był to żaden śmiech przez łzy (czy coś równie malowniczego) ale dziki śmiechopłacz. 
4. ZGŁUPNIĘCIE
Naukowo udowodnione gromadzenie się płynu w mózgu skutkuje lekką jego niedoczynnością u ciężarnej. Możecie się oburzać, ale tak jest. Filmy z napisami? - błagam, nie. Durne komedie - tak. Dodawanie, dzielenie, planowanie, zdania wielokrotnie złożone - dajcie mi spokój! Ja chcę upiec ciasto, zjeść je i bekać w rytm falujących zbóż. La lala la
5.
Pytam - Mężu, co jeszcze było chujowe* w ciąży? Piszę post z okazji Dnia Matki.
Mąż - A co nie było?
I niech to będzie ostatni punkt w mojej wyliczance. Koniec końców we wszystkim można znaleźć dobre i złe strony. Problemy jakie stawia przed ludźmi rodzicielstwo generują wiele narzekań i skarg, jednak przeważnie mają one podobne podsumowanie, które różniąc się detalami, wygląda mniej więcej tak: wystarczy jeden uśmiech dziecka, żeby wymazać wszystko co złe. 
Przebojów ciążowych, nie jest w stanie zrekompensować absolutnie nic, oprócz przytulasa z okazji Dnia Matki. I bez okazji też.
I jeszcze prywata ;) Mamusiu, z okazji Dnia Matki, wszystkiego najlepszego i dziękuję Ci, że jestem. Dzisiaj jako mama patrzę na to z zupełnie innej perspektywy, dlatego tym bardziej doceniam Twoje poświęcenie. Kocham Cię! (Zapraszam i zachęcam, to: Blog mojej mamy :)
---------------
*trzeba mówić do ludzi w języku, który rozumieją 
Zobacz też:          (Lista wszystkich postów)

wtorek, 3 kwietnia 2018

Minimalizm na bałagan

Znów zmiana. Ależ ten czas zap*erdala! Ja wiem, że tak się nie powinno mówić, ale co ja mogę, kiedy ten czas tak właśnie zap*erdala? Poza tym nie mówię, tylko piszę.
Dzień dłuższy, ptactwa naleciało i ćwierka ze wszystkich stron, a słońce świeci pod takim jakimś kątem, że cały brud na oknach widać, jaky mu ktoś kazał. Kiedy to napisałam poczułam się jak jedna z tych ironicznie-przekornie-uskarżających blogerek ło ho ho! u la la! patrzcie na mnie jaka jestem zabawna, tak naprawdę to NIE.
No ale kiedy właśnie tak jest.
Od momentu włączenia komputera, do czasu kiedy jest on zdatny do użytku zdążyłam napisać post na brudno do tego momentu. Nie, przepraszam, komputer jeszcze się otwiera. Pewnie niedługo zdechnie. Powinnam już dawno zrobić kopię zapasową i uporządkować zdjęcia z ok 4 folderów pt.: "z komórki", jednego pt.: "różne" i dwóch "ze starego kompa".
Schudłam ostatnio. Zostało mi jeszcze milion kilo, ale 3 mam już za sobą. W efekcie dalej chodzę w ciążowych ciuchach, chociaż ich nienawidzę, w dodatku trochę na mnie wiszą, ale w te wcześniejsze się jeszcze nie mieszczę, a kupować nowych w rozmiarze wieloryba nie zamierzam! Chciałam wyglądać bardziej wyjściowo, a wyglądam raczej przejściowo. W dodatku jeden karton za dużych ciuchów do wyniesienia, drugi za małych do przyniesienia. Kiedy się w nie już zmieszczę, okaże się, że większość mi nie pasuje do stylówy, albo tak naprawdę nigdy mi się nie podobały i trzymam je bardziej z litości niż z miłości. Mam ochotę to wszystko brutalnie wypierdolić do kubła w ogóle bez przeglądania, kupić sobie ogrodniczki w sklepie BHP i cieszyć się życiem zamiast przekładać z miejsca na miejsce, "bo kiedyś nie będę miała i będzie mi przykro, że wyrzuciłam".
Zrobiłam tak niedawno z zabawkami dzieci. Znowu. No prawie tak samo. Spakowałam wszystko co było nieposprzątane do worków i wyniosłam na strych. Została im jedna ciężarówka, puzzle, kredki i książki, kilka plastikowych zabawek. "Całe szczęście" przyjechała babcia i tego samego dnia chłopcy dostali nowe zabawki, czyli wypełniło się przeznaczenie porządku jako miejsca na nowy bałagan. To zaiste epokowe przemyślenia godne adekwatnej grafiki:

Żałuję, że nie mam takiej determinacji wobec moich zabawek.

Ale o czym ten cały szczebiot? O minimaliźmie, nie widać?
Na wiosnę chcemy oglądać w telewizjach śniadaniowych ładne dziewczyny w towarzystwie swoich 20-elementowych garderób. Podziwiamy ich stanowczość i potakujemy: jaka to wspaniała idea! Mam wrażenie, że takie reportaże, o ile w ogóle mają cokolwiek zmieniać, to nie tyle mają zrobić z nas maniaków żyjących o 100 przedmiotach, ile raczej szczęśliwszych ludzi, żyjących o trzech, do pięciu przedmiotach mniej.
No bo chętnie popatrzę, jak Pani Mini Szafa zachodzi w 3 ciąże i wychodzi z tym wszystkim później na spacer w zimie - Proszę bardzo! Niech Pani Jedyne Spodnie Jeżdżę Rowerem spróbuje być taką minimalistką wyjeżdżając z małymi dziećmi na weekend - albo raczej spróbuje nią nie być i znaleźć w tym całym bałaganie miejsce na coś więcej niż skrajny minimalizm (jedne spodnie, 2 koszulki, szczoteczka do zębów, reszta dla dzieci).
Wiem, że to są tylko kolejne wymówki, ale też i uproszczenia. Bo, o ile rzeczywiście nie potrzebuję tyle rzeczy ile mam, o tyle zajmowanie się tylko sobą i promocją minimalizmu przy pomocy minimalistycznej garderoby, nie jest specjalnym wyczynem. Jest za to znakiem, symbolem który może przyczynić się do wykonania trudu myślenia.
Na przykład dzisiaj chciałam usiąść i napić się śmietankówki i iść spać, za to usiadłam i uporządkowałam kawałek swoich myśli. W dodatku nie wyprodukowałam przy tym żadnych śmieci, a może ostatecznie wstąpi we mnie minimalistyczny duch i zrobię w końcu porządek na dysku? Kto wie...

Jeśli Lubisz to udostępnij :)
Zobacz też mój poprzedni post: Dziedzictwo
Albo ten: Wakacje w głowie
Zobacz spis postów: Tutaj
Do zobaczenia!

piątek, 16 marca 2018

Dziedzictwo

W dniu, w którym świat obiegała informacja o śmierci Stephena Hawkinga przypadło mi w udziale odrzucenie spadku po dalekim "krewnym i nieznajomym Królika", w dodatku nie moim, ale mniejsza o to. Nie miałam nigdy wcześniej przyjemności z wymiarem sprawiedliwości i było dla mnie sporym zaskoczeniem, kiedy stając przed sądem jako świadek w sprawie mało mnie dotyczącej i mało mnie obchodzącej, doznałam syndromu wywołania do tablicy: miękkie kolana i skurcz w podbrzuszu. 
Szybko się otrząsnęłam i niewiele się wydarzyło, ale już po sprawie ogarnęła mnie przygnębiająca myśl, która nie daje mi spokoju: Co to znaczy, jeżeli nikt nie chce tego, co po sobie zostawiamy? Nawet jeśli w spadku są długi, to spłacamy je tylko do wysokości tego, co razem z długiem dostajemy. Nasz majątek jest bezpieczny, za to wyobrażam sobie, że przyjęcie spadku nawet z długami daje okazję metafizycznego pożegnania zmarłego, posprzątania osobistych rzeczy, przyjęcia nic nie wartych ze względów finansowych, ale bezcennych ze względów sentymentalnych przedmiotów, jak choćby zdjęć. Jak miałkie musiało być życie człowieka, po którym nie zostało nic cennego? Wychodzę teraz pewnie na pazerną sucz, która myśli tylko o swoim interesie, ale tak naprawdę więcej uwagi poświęcam myśli, że to co zostawiamy po sobie to opowieść o naszym życiu. 
Po drugiej stronie tego rozmyślania jest pan Stephen Hawking, którego określamy jednym słowem "astrofizyk", a potem dodajemy "ten pokrzywiony gościu na wózku?". I rzeczywiście będąc wybitnym naukowcem do szpiku kości, odznaczył się szczególnie w zupełnie innej dziedzinie. Kiedy mówimy o nim, mamy przed oczami przede wszystkim obraz jego niepełnosprawnego ciała, a później myślimy o jego zdumiewającym dorobku, jednak dla mnie Stephen Hawking przede wszystkim wyróżnił się w przezwyciężaniu niesprzyjających okoliczności. Mógłby przecież zostać smutnym, chorym człowiekiem przed telewizorem i nie zostawić po sobie nic. Powiedziałby: no cóż, choroba nie wybiera... albo: takie jest życie i już. A on przemierzył świat nie mogąc chodzić, przemawiał, nie mogąc mówić i osiągnął rzeczy przekraczające granice wyobraźni przeciętnego człowieka nie tylko wykorzystując możliwości jakie posiadał, ale samemu te możliwości tworząc. 
Te dwie śmierci, dwie różne schedy zestawione ze sobą dają mi pretekst do twierdzenia, że możemy umrzeć zawczasu i codziennie patrzeć na kalendarz powtarzając "już połowa marca minęła" o! już koniec roku! nie umiem... nie zwróciłam uwagi...  albo możemy uniknąć tej śmierci każdego dnia i poczuć, że dziedzictwem jest właśnie to, jak żyjemy. 
Wiele się teraz mówi na temat Stephena Hawkinga, ale z jego przemówień utkwiło mi w głowie to, co powiedział na przywitanie wielotysięcznego tłumu: "It's good to be alive" Dobrze jest móc żyć!
Komentuj, lajkuj, udostępniaj
Czytaj dalej

sobota, 10 lutego 2018

Festiwal kiełkowania

W tym roku jest szansa, na to że i mój dom na wiosnę wypełni ostry, drażniący smrodek pierwszej zieleniny. Zawsze na Wielkanoc, podziwiając cudne kompozycje króliczkowo-kurczaczkowe, przypominam sobie, że miałam przecież zasiać rzeżuchę na ozdobę do koszyczka! Tym razem sieję nie tylko dla efektu wizualnego, ale głównie do celów spożywczych... jak to się teraz mówi? - "Do postępowania dietetycznego". 
Warzywa w sklepie przednówkowe. Sałata przeźroczysta, pomidory przeźroczyste, ogórek pośmierduje samym dnem chłodni, a w mrożonkach więcej wody niż jedzenia. Czas więc wziąć garść nasion w swoje ręce i do dzieła. 
W roli nasionek występują pszenica (z prawej u góry), rzodkiewka (na dole), rzeżucha (po lewej). 
Kiełkowanie trwa kilka dni i jest bardzo efektywne jeżeli chodzi o ilość. Z łyżki nasionek wyrasta góra kiełków nie do przejedzenia dla jednej osoby, dlatego i tym razem za bardzo się rozpędziłam i przesadziłam z ilością. Mąż już zapowiedział, żebym nawet nie myślała, że on będzie to jeść. 
Przetestowałam je już w roli dodatku do smoothie. Takiego zieloniutkiego, jak trawa na wiosnę. Znalazłam też ciekawy sposób na kiełkowanie w słoiku z dziurami w zakrętce. Można kupić takie słoiki za kilkadziesiąt (!) złotych, (jeżeli ktoś znalazł tańszy, to proszę o info :) można też zrobić taki domowym sposobem, przy czym należy pamiętać żeby:
  • wybijać dziury od środka na zewnątrz, żeby ostre brzegi otworu nie uszkadzały kiełków
  • użyć plastikowej albo podgumowanej zakrętki. żeby nie rdzewiało
  • w plastikowej zakrętce zrobić dziury gorącym drutem albo gwoździem - zachowując należytą ostrożność! Nie chcemy odpowiadać za uszkodzenia ciała
  • w metalowej zakrętce można zaszaleć z gwoździem i młotkiem, koniecznie na jakiejś podkładce - dziury w podkładce gwarantowane  
Do słoika wsypujemy niewielką ilość nasion, max tyle, żeby było zakryte dno, i zalewamy wodą. Kiedy spęcznieją, czyli po ok 1 dniu, odcedzamy i ustawiamy pod skosem na ociekaczu do naczyń, albo na słoiczku, jak na zdjęciu. Kiełki płuczemy przynajmniej raz dziennie. Staramy się usunąć niekiełkujące nasiona i łuski, które potrafią zacząć się psuć. 
Takie rozwiązanie działa jak szklarenka. Roślinki mają odpowiednią ilość powietrza i nie schną zbyt szybko, a jednocześnie mamy pewność, że nie stoją w wodzie. Hodowla na której pojawia się pleśń, czy jakiekolwiek podejrzane ustrojstwo, a także taka która zaczyna nieładnie pachnieć nadaje się do wyrzucenia. 
Zdrowe kiełki można jeść surowe, jako dodatek do sałatki, kanapki albo zupki. Można je dodać do warzyw na patelnię. Użyć jako dekorację potraw albo stołu. I co nam tam jeszcze fantazja podpowiada! 
Polecam kiełkowanie i eksperymenty z różnymi gatunkami. Każdy ma swój specyficzny smak. 
Pożyteczna zabawa dla dzieci, tych małych i tych całkiem dużych :D

Na koniec dodam, że takie skiełkowane zboże bardzo chwalą sobie kury. Należy je namoczyć (zboże, nie kury) (ha. ha. ha...) przez jeden dzień, później odlać i przepłukiwać żeby było wilgotne, ale nie stało w wodzie. W cieple szybciej skiełkują. Smacznego jajka!

NA ostatnią CHWILĘ, czyli W SAMĄ PORĘ

Sprzątanie na ostatnią chwilę jest dla mnie czymś na pograniczu kłamstwa. Jeżeli mam bałagan i sprzątam w czasie kiedy goście wysiadają z a...