poniedziałek, 15 października 2018

KAMERY NA ŻYWO, czyli: "Albo rybki, albo ci..." - nie no, kiepski tytuł. Ale pasuje.

Oglądanie rzeczy na żywo w internecie daje sporo frajdy. Trochę zaspokaja ciekawość podglądacza, pomaga zwalczyć poczucie samotności. Osobliwa forma rozrywki, choć tak naprawdę niewiele różni się od wyglądania przez okno, z tym że tutaj można przełączać widoki. Np na plażę w Tajlandii:) i poczuć się trochę mniej chmurno, kiedy u nas akurat pada. Można też oglądać kury. 
W naszym małym "kibucu" za ogarnianie kur odpowiada Babcia. Ograniczam swój wkład do selekcjonowania odpadków kuchennych pod względem zdatności do spożycia przez kury oraz obserwacji ich bujnego życia stadnego, które często bawi, czasem trochę mnie przeraża, ale zawsze przykuwa moją uwagę, z resztą nie tylko moją, bo najmłodsza pociecha wystawiona w wózku z widokiem na wybieg dla kur spędza tam spokojnie dowolną ilość czasu. 
Skądinąd w moim rodzinnym domu rolę wygaszacza pełniło akwarium. Nie wiem ile lat przelewa się w nim woda i które to już pokolenie rybek je zamieszkuje, ale zawsze kiedy przyjeżdżamy do moich rodziców, co raz to ktoś przystaje, albo przykuca, czasem solo, czasem grupowo, kiedy dostawia się krzesełko, bierze dzieci na kolana i obserwuje kolorowe maluchy śmigające wśród bujnej zieleni. Czas spędzony przy migoczącej bryle akwarium z falującym w nim życiem zaliczam do momentów czystej przyjemności. Momentów tzw. hygge, które już podobno wyszło z mody. 
Łącząc to drogą swobodnych skojarzeń z dość osobliwą sytuacją mającą ostatnio miejsce w moim domu, a mianowicie oglądaniem transmisji na żywo z kamery na Dworcu Zachodnim w Warszawie [zobacz to] przy radosnym akompaniamencie dziecięcych okrzyków "Pendolino, pendolino! Jedno pojechało, drugie przyjechało! o, a co to?] oraz streamingu z budowy [kanał Łukasza budowlańca] który pokazuje jak panowie po prostu budują dom, poczułam chęć poszukania odpowiedzi na pytanie: Czy ktoś streaminguje kury? Świat jest piękny i skomplikowany, a doświadczenie podpowiada, że jeśli ja coś wymyśliłam, ktoś inny już dawno to zrealizował (no dobra, oprócz schodów-akwarium) i jest to w internecie. I rzeczywiście! Do wyboru do koloru, kamery z całego świata. Pójdźmy dalej tym tropem. Kolejne skojarzenie - akwaria też są: Akwarium i Meduzy. Mam wrażenie, że te meduzy mogą mieć na koncie więcej wyleczonych nerwic niż Ośrodek w Mosznej.
Spośród wszystkich tematów wyróżnia się silny nurt zoologiczny. Niedźwiedzie żerujące w rzece (tu totalnie relaksujący szum rzeki, jeżeli nie chce się aktualnie siku), szczeniaczki w kojcukotki, psi dom starców. To się rozumie samo przez się.
Nie da się zignorować pokaźnej ilości stron pokazujących na żywo gołe panie. Wyobraźnia pracuje. Co taka pani może robić żeby ludzie na nią patrzyli? Zapewne ma dość monotonną pracę. Swoją drogą musi to być intratny biznes, bo po wpisaniu samego live cam do wyszukiwarki (bez kur i innych takich) dopiero 8 wynik to strony niezwiązane z seksem. Ale to przecież spersonalizowany wynik;) Reklamują się hasłem: "Zrobią dla ciebie wszystko". Ciekawe, a schody-akwarium?
Dość rozbudowaną społeczność znajdujemy wokół kamer związanych ze środowiskiem powiedzmy edukacyjnym. Np chłopak, który uczy się 50 min, 10 min przerwy. A po co to komu? Wiem jakie ważne jest mieć wsparcie w takiej sytuacji. Dużo lepiej uczy się, jeśli ma się świadomość, że nie jest się w tym samemu. Tu znajdziemy też transmisje do nauki języków. Np.: angielskijapoński i in. [jeśli nie jest dostępny, przejdź do następnego filmiku, który ma czerwony napis "aktualnie na żywo"]
Istnieje niezliczona ilość transmisji na żywo z ulic, placów, plaż, kawiarni, przestrzeni kosmicznej, z jadących pociągów, lotnisk. Jadący pociąg jest niezwykle wciągający! Wszystkie te obrazki mają działanie lekko hipnotyzujące, kojące, terapeutyczne dla zszarganych nerwów. Często gromadzą publiczność w takiej liczbie, że trudno uwierzyć w tak duże zainteresowanie, zwłaszcza kiedy przełoży się to na realia świata analogowego - wyobraźmy sobie 800 osób, które naraz obserwują budowę domu jednorodzinnego, albo 100 osobową grupę przy wybiegu dla indyków. 
Osobliwym przypadkiem transmisji live jest ten obrazek: kuchnia w pizzerii. Czy właściciel chciał mieć oko na pracowników, czy to jest sposób na autopromocję, czy na trzepanie kasy z reklam (wyświetlają się przed każdym włączeniem)? Pewnie wszystkiego po trochu. Tak czy siak, mam ochotę tam zaglądać. Ale będąc przyzwyczajona, że mogę oglądać co chcę i kiedy chcę, przeżyłam niewielki szok, kiedy odkryłam, że w nocy, ani o 6 rano nic się tam nie dzieje, chociaż może wydaje się to oczywiste. Oczekiwałam, że będę mogła zajrzeć w okienko, a tam nadal ktoś będzie kulał placki na pizzę dla mojej rozrywki. Jest rzeczą charakterystyczną, że na podobnej długości geograficznej noc jest wtedy kiedy u nas. Zewnętrzne kamery pokazują wtedy głównie ciemność. I odwrotnie - w ciągu naszego dnia hamerykanskie kury mają noc. Wyjątkiem są kamery skandynawskie, gdzie za dnia widać tyle samo co w nocy, bo jest mgła ;) 
Bliskość drugiego człowieka, uczestnictwo w życiu społecznym ma istotny wpływ na nasze samopoczucie. Niektórzy nazwą to źródłem szczęścia, inni powiedzą, że to warunek konieczny dla przetrwania gatunku. Jeśli chcemy, mamy mnóstwo sposobów żeby sobie to suplementować - media społecznościowe, telefony, filmy, vlogi, blogi, transmisje, gry sieciowe, czaty. Lekko zalatujące sztucznizną kontakty interpersonalne ubarwiają nam świat i ja to lubię.
inne obrazki:
https://www.webcamera.pl/ widoki z całej Polski
https://www.livefromiceland.is/ Islandia - mója Odległa Kraina
https://yellowstone.net/webcams/old-faithful/gejzer z Yellowstone

Moje inne posty:
Na ostatnią chwilę
Jeszcze jeden krok do przodu
i może Zbieractwo kontra rzeczywistość


czwartek, 6 września 2018

Wojna o łachmany w 5 aktach, tudzież "ZBIERACTWO vs RZECZYWISTOŚĆ"

Przekonanie, że wystarczy nosić ubranie z odpowiednią dozą pewności siebie, żeby wyglądać dobrze, leżało u podstaw mojego stylu. Służyło także do zagłuszania sumienia, które podpowiadało: TY MUSISZ COŚ Z TYM ZROBIĆ! W praktyce oznacza to tyle, że podchodziłam do stylizacji mojego wyglądu bez pomysłu, ani co gorsza, bez wiedzy na ten temat. Ubierałam się w to co było pod ręką, nie zaprzątając sobie głowy tym, żeby pod ręką znalazły się odpowiednie sztuki odzieży i ciągle byłam niezadowolona z tego co widziałam w lustrze (abstrahując od rozmiaru...). Określenie mojego ubioru jako eklektyczny byłoby nadzwyczaj łaskawe, bardziej pasowałoby łachmaniarski.

Impulsywne zakupy

sytuacji nie poprawiały. Kupowałam bluzkę dlatego, że podobał mi się jej deseń. Dawałam się uwodzić koronce czy grubemu splotowi (przy czym żadne z nich absolutnie mi nie służy). O ile kiedyś może identyfikowałam się z, powiedzmy, stylem hipisowskim, to bardziej wynikało to z prozaicznego powodu, że bałam się zainwestować w droższe sztuki ze względu na to, że nie miałam bladego pojęcia jak się ubierać... (z resztą dalej nie mam) i, bałam się, że z tego powodu popełnię bolesny dla portfela błąd. Wolałam inwestować w przypadkowe, ale tanie ubrania, pod sztandarem indywidualizmu, pionierstwa i pozornej swobody, którymi maskowałam swoje zagubienie. Moją frustrację potęgował fakt, że inni ludzie potrafią zapanować nad swoim stylem, a ja nie. 
Tak było, przyznaję i bardzo chciałabym, żeby to na zawsze pozostało w sferze "kiedyś". W moim życiu wiele się zmieniło na przestrzeni kilku intensywnych lat, już same lata, które upłynęły wiele zmieniły. Mój artystyczny nieład zaczął mnie uwierać. Tak to zwykle bywa, że kiedy nad czymś nie panuję, zaczyna mi doskwierać tego odwrotność. Kiedy nie panuję nad porządkiem, obezwładnia mnie bałagan. Kiedy nie panuję nad pieniędzmi, w końcu zaczyna dokuczać mi ich brak. Kiedy nie ogarniam chwastów... nie, to akurat nie pasuje. Kiedy zostawiony słoik po Nutelli udaje, że jest pełny, a kiedy do niego zaglądasz spotyka Cię bolesny zawód, tak i moja szafa, a właściwie jej brak zaczął mnie oszukiwać. Masa bezużytecznych ubrań zabierała mi czas, miejsce i obciążała sumienie. Wielokrotnie byłam bliska zrobienia czegoś z tym wszystkim, tylko za cholerę nie wiedziałam CO miałabym z tym wszystkim zrobić. Postanowiłam zasięgnąć rady z jedynego prawilnego źródła wiedzy o życiu (nie, tym razem to nie były reklamy) i zaczerpnęłam wiedzę z przepastnych zasobów blogosfery. Blogosfera powiedziała tak:
  1. Przejrzyj wszystkie ubrania. 
  2. Wyrzuć to czego nie potrzebujesz. 
  3. Zaplanuj swoją garderobę. 
  4. Zrób listę zakupów i noś ją przy sobie. 
  5. Kup to czego brakuje.
Proste? - Proste. Nie wymaga specjalistycznych narzędzi, żadnego rzadkiego talentu, ani lat praktyki, ale czy łatwe? Stanowczo - NIE! To jest trudne.

Na początek. Znalezienie całego arsenału zachomikowanego na bliżej nieokreślone "kiedyś":
  • jak już będę szczupła
  • jak będę jeździć konno
  • jak będę szła na bal przebierańców, albo na larp
  • jesienne ognisko
  • spacer po plaży
  • do biura
  • do biura jak już będę szczupła
  • do kościoła jak będzie chłodno, ale nie będzie padać... itp... itd
Tak naprawdę te wszystkie sytuacje albo nie mają miejsca w moim życiu, albo jeżeli mają, zakładam (zaskoczę Cię) to, co mam pod ręką, bo za cholerę nie potrafię niczego innego znaleźć w tym przepychu (żeby nie napisać: pierdolniku. No trudno, napisałam). Pierwszy punkt wymagał nakładu czasu. Punkt drugi, to krwawa walka. Potyczka z najbardziej podstępnym, przebiegłym i pazernym chomikiem jakiego znam, czyli - ze mną samą. Mój "dialog wewnętrzny" przebiega mniej więcej tak: 
   - A to ubranie? 
   - Wydałam na nie pieniądze.
   - Ale nie dużo.
   - Jakby nie było - pieniądze.
   - Nie noszę go od 2 lat!
   - To może zaczniesz?
   - Nie podoba mi się. Wyglądam w nim ŹLE.
   - Jak wyrzucisz, będziesz żałować. A jak będziesz go potrzebować?
   - Ono na mnie nie pasuje i jest zupełnie w nie moim kolorze.
   - No dobrze, to wyrzuć, ale nawet nie jest znoszone.
   - Daję do worka "PCK". Może ktoś chociaż pod nieszczelne drzwi sobie podłoży.
   - Może nawet założy? To jest dobre ubranie.
   - To prawda. I ogólnie ładne.
   - Może jeszcze przejrzę ten worek przed wyrzuceniem?
   - Stop! Nie! To nie ma sensu!

A kiedy w końcu wrzucam ten worek do kontenera, to i tak nadal biję się z myślami od nowa. Mogłabym tak w kółko. W ten oto męczący sposób wydzieram sobie sztuka po sztuce i uwalniam się od ciuchów, które sprawiały, że czułam się brzydka i niewarta niczyjej uwagi. Kiedy wyeliminowałam te najbardziej oczywiste, przyszła pora na:

OSTATECZNE STARCIE

Na strychu stworzyłam tymczasową garderobę przy pomocy sznurków, rurek i drążków oraz wieszaków wszelkiej maści. Zmontowałam instalację dzięki której mogłam po raz pierwszy w życiu zobaczyć wszystkie moje ubrania jednocześnie. Jeden rzut oka wystarczył by ocenić sytuację i okazała się ona krytyczna. Otaczają mnie, określają i ograniczają okrutnie, totalnie byle jakie ubrania. Po ciężkiej selekcji miałam przed sobą śmietankę mojej garderoby - 40 wieszaków - które wywoływały we mnie poczucie beznadziei i smutku zmieszanych z niedowierzaniem. To pomogło mi pozbyć się resztek skrupułów. Zostawiłam kilka sportowych, kupkę bielizny oraz 2 skromne drążki z wieszakami. Nazwałam je 100%TAK i drugi 80%TAK. Chomik został uciszony choć przyznaję, schowałam przed sobą jeszcze jeden karton z ciuchami do których mam dziwny sentyment. Rozprawię się z nim kiedy wojenne rany mojej duszy trochę się zasklepią. Koniec końców odzyskałam dużo miejsca co doskonale uprościło organizację, odnalazłam kilka zapomnianych a pasujących ciuchów i przede wszystkim zrozumiałam jak bardzo blokowało mnie zbieractwo i fałszywa oszczędność. Co jest największym zaskoczeniem, nie brakuje mi jakiejkolwiek sztuki odzieży!

NASUWA SIĘ PYTANIE:

Dlaczego decyduję się wyglądać jak kompromis zamiast ubierać się tak, jak naprawdę chcę? Z oszczędności? Ubrania, którym dałam moje "100%TAK" wcale nie należały do droższych ani bardziej markowych, niż te które wyrzuciłam. Zabranie się za to zajęło mi jakieś 2 lata, wcześniej w ogóle o tym nie myślałam, to znaczy, że większość mojego życia wyglądałam byle jak. To doświadczenie zaliczam do traumatycznych i chcę żeby bezpowrotnie pozostało w czasie przeszłym. Następny krok "Zaplanuj swoją garderobę" przepracuję w kolejnych epizodach moich potłuczonych przemyśleń.  >> Tu znajdzie się link do dalszego ciągu :)

Zaufaj sobie. 

Proponuję czalendż: Następnym razem, kiedy będziesz składać pranie, zadaj sobie pytanie "Czy ta rzecz to moje 100%TAK, jeżeli nie, wiesz co z nią zrobić!

Podoba Ci się ten post, podaj dalej! Chcesz coś dodać? Zapraszam do komentowania :) 

wtorek, 7 sierpnia 2018

NA ostatnią CHWILĘ, czyli W SAMĄ PORĘ

Sprzątanie na ostatnią chwilę jest dla mnie czymś na pograniczu kłamstwa. Jeżeli mam bałagan i sprzątam w czasie kiedy goście wysiadają z auta, to oszukuję ich, a to niezgodne z moim sumieniem. To samo z ocenami w szkole. Uważałam, że jeżeli przez cały semestr osiągałam wyniki na poziomie 4, to oszustwem jest tzw. "zdawanie na wyższą ocenę", które zawsze pod koniec roku miało miejsce. Wystarczyło się nauczyć konkretnych tematów i dostać z odpowiedzi piątkę, wtedy średnia ocen, czy inna mediana podskakiwała i na świadectwie była "piątka". Zdarzało mi się, że odmawiałam takiego "zdawania", bo miałam wrażenie, że to było nie fair w stosunku do tych, którzy na swoje 5-ki na świadectwie uczciwie zapracowali. 
Jakże byłam naiwna ja!
Później na studiach zastanawiałam się jak inni to robią, że mają średnią 5,0?! Przecież też ciężko pracowałam, ale 5,0 wykraczało poza moje wyobrażenia - może w tym rzecz. Teraz wiem - albo raczej przypuszczam - że oni walczą o oceny wtedy, kiedy jest możliwość walki o oceny. Tak jak tuż przed nadejściem gości jest jedyna szansa na upchnięcie kłębu ścierek do spiżarki i umycie umywalki i wykonanie naprawdę wielu czynności z taką prędkością i precyzją o jaką bym siebie nigdy nie podejrzewała. 
Oni - zajeżdżają na podwórko, oczywiście w slowmotion. Wzniecają kurz, który majestatycznie owiewa koła samochodu. Przetacza się suchy kulisty krzak. Ja - spoglądam przez kuchenne okno. W napięciu przebieram palcami po kiju od miotły. Zwężają się źrenice. Muzyka jak w starym westernie, a w tle krzyczy jastrząb. Nagle czas zwalnia, natomiast ja maksymalnie przyśpieszam. Zanim dzieci zdążą odpiąć pasy w samochodzie, kończę zamiatanie. Biegam wymijając obfitymi biodrami sprzęty domowe. Jednym rzutem oka oceniam, które fanty stoją w niewłaściwych miejscach i z dokładnością maszyny ustawiam wszystko. Wygląda jak w katalogu Ikea, zostawiam na stole kilka rzeczy, żeby stworzyć atmosferę przytulności i w duchu dziękuję producentowi, że stworzył tak pojemną zmywarkę. Zmieści się nawet to, czego nie powinno tam być. Goście w tym czasie wysiadają z pojazdu i rozglądają się oceniając sytuację. Nadchodzi moment, kiedy z auta wyłoni się największy postrach pań domu, czyli Babcia. Dobrze, że tak wolno chodzi. Atmosfera zagęszcza się do konsystencji budyniu. Teraz moje ostatnie podrygi. Przecieram fronty szafek, chowam mokrą szmatę do szuflady, zrywam ścierki z wieszaka żeby wrzucić je do spiżarki. To koniec. Wchodzą po schodach. Cisza i echo kroków obijające się w nieskończoność po korytarzu. Na koniec pranie (czyste!), które wytworzyło już własną inteligencję i skolonizowało sąsiadujące terytoria, zostaje przyczajone za zamkniętymi drzwiami. - "Ooo!Dzień dobry babciu, jak miło że wpadliście! Przepraszam, nie zdążyłam posprzątać. Zapraszam do środka."
Do niedawna traktowałam to jako ściemę. Teraz już wiem, że z czystym sumieniem można to nazwać HIGH PERFORMANCE, czyli "na pełnej ******", no dobra, dobra, "na pełnych obrotach". Trochę mnie smuci, że nie umiem funkcjonować tak cały czas - bo bardzo bym chciała! Ale wtedy pewnie umarłabym z wycieńczenia, albo zaczęła szukać dealera amfetaminy, czy czegośtam. I tak czasem było (tylko bez tych narkotyków... bez przesady). Wykańczałam się, efekty były przeciętne, a ja lądowałam odwodniona, zasłabnięta, zapalona jakimś katarem, a nawet zdarzały mi się epizody szpitalne. Tak być przecież nie może! 
Przy high-performance ekstremalnie ważne jest też, żeby nauczyć się low-performance. Są momenty i jest ich znacznie więcej niż tych "high", że nie warto dokręcać śrubki. Wtedy kiedy muszę całą uwagę poświęcić malutkiemu człowiekowi, który denerwuje się, że nie potrafi założyć koszulki i muszę do tego podejść ze spokojem i empatią, bo inaczej będzie tragedia narodowa. Kiedy jutro przyjeżdżają goście, a mi o północy nie wyszło ciasto. Kiedy chciałabym narysować coś na bloga, a tu mama kupa, mama boję się, jestem głodna, zapomniałam o praniu, dzidziuś płacze...

Teraz, kiedy piszę ten post, przyjechała do mnie koleżanka ze swoimi trzema dziećmi i pilnuje moich 3 dzieci (to dopiero jest high performance!) żebym mogła napisać ten post. Za chwilę idziemy robić lunch. Oczywiście sprzątałam na ostatnią chwilę.
Przestawiam się na luz i idę robić gofry. Będzie bardzo dużo gofrów.

CO ZAWSZE ROBISZ NA OSTATNIĄ CHWILĘ? MASZ SWÓJ SPOSÓB NA ZWIĘKSZENIE WYDAJNOŚCI? PISZ W KOMENTARZU <3

poniedziałek, 16 lipca 2018

Poczucie możliwości

Gdzie jest wolność, jak ją znajduję i jakie są skutki. Ograniczenia jakie sobie stawiam i jakie akceptuję wytyczają moją drogę. Czy nią podążę, to inna sprawa. 

Namalowałam.
Malowanie to jedna z rzeczy, którą naiwnie, autentycznie i organicznie uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Miękkość i śliskość farb pod pędzlem daje mi dziką radość, a mieszające się przed oczami barwy przyprawiają o coś w rodzaju wewnętrznego śmiechu. Przyjemność wtula się w mózg jak mruczący kot. 
To konkretne dzieło jest owocem pracy z moimi dziećmi, które nie wykorzystały całej farby do swojej zabawy i musiałam coś z nią zrobić. Gdzieniegdzie prześwituje tektura, a cała kompozycja jest naznaczone fakturą wynikającą z pokarbowania kartonu, ogólnie żaaal, ale i tak miałam frajdy co nie miara! 
Podzieliłam się z pewnym człowiekiem refleksją na temat tego, że jako (już nie taka znowu) młoda mama, wiele energii poświęcam żeby mieć chociaż chwilę dla siebie. Za to kiedy dzieci pójdą w świat, pewnie będę poświęcać wiele energii żeby spędzić choć chwilę razem z tymi moimi dziećmi. Będzie to pewnie równie rzadkie, jak te chwile wolności, które teraz mam. 
Odpowiedź tego człowieka nie tylko mnie zaskoczyła, ale też dała mi do myślenia. Tak bardzo, że do teraz mi dźwięczy w głowie. Powiedział tylko - To zależy, co znaczy dla ciebie wolność. 
Tym bardziej mnie to poruszyło, kiedy dowiedziałam się, że ten właśnie człowiek każdą wolną chwilę poświęca na rehabilitację swojego sparaliżowanego brata. W takim kontekście moje poczucie wolności zdecydowanie wzrosło. Trochę jak czytanie "Dziewczynki z zapałkami" w Święta sprawia, że bardziej doceniam proste sprawy. 
Z innej beczki, ale takiej co stoi dość blisko:
Podobno w Leśnym Parku Niespodzianek jakiś zapalony ekolog otworzył klatki z drapieżnymi ptakami. Nie minął dzień, kiedy wszyscy zbiegli znaleźli się z powrotem w swoich więzieniach. Polatali po okolicznych lasach, nacieszyli pióra wiatrem i słońcem, po czym grzecznie wrócili do swoich misek, klatek i opiekunów. Nie wiem, czy to jest prawda, ale na pewno odbywają się tam pokazy z udziałem drapieżnych ptaków, które są wypuszczane, przywoływane mięsem i tak kilka razy, dopóki przylatują. Kiedy się najedzą bezczelnie pozostawiają widownię i wylatują na spacer, a później znów wracają. Naiwni ekolodzy myśleli, że wystarczy dać ptakom wolność, żeby je oswobodzić, ale jednak zniewolenie tkwiło głębiej bo w samych ptasich móżdżkach. Nie znając innej drogi podążyły utartą ścieżką. Robiąc wciąż to samo, osiągamy te same rezultaty. Jeżeli chcesz coś zmienić, musisz coś zmienić.

A CZYM DLA CIEBIE JEST WOLNOŚĆ? CO DAJE CI POCZUCIE WOLNOŚCI?


Zobacz też:          (Lista wszystkich postów)

poniedziałek, 28 maja 2018

5 atrakcji ciążowych, za którymi (nie)będę tęsknić

1. WŁOSY JAK DOCZEPY - Zdecydowanie będę tęsknić
Człowiek codziennie traci jakąś tam ilość włosów i to jest zupełnie naturalne. Moje włosy postanowiły zostać razem ze mną na cały okres ciąży, żeby później w ciągu kilku miesięcy przeprowadzić masową ewakuację. Obrzydlistwo. Jedną z pierwszych fraz, których nauczył się mówić mój starszy syn, była: WŁOS, KILA! I mówił to zawsze z pełnym nienawiści oburzeniem. On tak umie. Trzylatek. 
Po kilku miesiącach w ciąży miałam przepiękną masę włosów. Nie musiałam ich zbyt często męczyć myciem i suszeniem, więc były zdrowe i dopieszczone bogatą dietą. Cud miód orzeszki. Tęsknię. 
2. PŁAKANIE Z BYLE POWODU - Nie będę tęsknić
Drobne niepowodzenie, opowieść, reklama (Ludzie, co ja mam z tymi reklamami?) w dodatku reklama - uwaga - tabletek przeciwbólowych. Przecież to doskonały powód do płaczu. I nie mam tu na myśli elegancko uronionej łzy niczym księżna w operze, lecz spazmatyczny ryk - o nie! - nie szloch, ryk właśnie. Było tak: koleżanka na przerwie w pracy opowiada obyczajową przypowiastkę o rodzinie, niby niewinna sprawa, mama, dzieci, jakieś emocjonalne wyznania. Kończy się na tym, że zażenowani koledzy pocieszają czerwoną, obsmarkaną babę, która nie umie się opanować. Wtedy nie wiedziałam co się ze mną dzieje, niedługo później dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Dalej mi głupio. 
3. ŚMIECH Z BYLE POWODU
Z podobnie irracjonalnych powodów co płakanie, wychodził mi głośny, niestosowny chichot. To mi akurat pasowało, bo miałam nagle wiele powodów do radości. Faktem jest, że nigdy nie wiedziałam, czy wyjdzie mi śmiech, czy płacz, a w dodatku często dochodziło do sytuacji, w której jedno z drugim nakładało się i - bynajmniej - nie był to żaden śmiech przez łzy (czy coś równie malowniczego) ale dziki śmiechopłacz. 
4. ZGŁUPNIĘCIE
Naukowo udowodnione gromadzenie się płynu w mózgu skutkuje lekką jego niedoczynnością u ciężarnej. Możecie się oburzać, ale tak jest. Filmy z napisami? - błagam, nie. Durne komedie - tak. Dodawanie, dzielenie, planowanie, zdania wielokrotnie złożone - dajcie mi spokój! Ja chcę upiec ciasto, zjeść je i bekać w rytm falujących zbóż. La lala la
5.
Pytam - Mężu, co jeszcze było chujowe* w ciąży? Piszę post z okazji Dnia Matki.
Mąż - A co nie było?
I niech to będzie ostatni punkt w mojej wyliczance. Koniec końców we wszystkim można znaleźć dobre i złe strony. Problemy jakie stawia przed ludźmi rodzicielstwo generują wiele narzekań i skarg, jednak przeważnie mają one podobne podsumowanie, które różniąc się detalami, wygląda mniej więcej tak: wystarczy jeden uśmiech dziecka, żeby wymazać wszystko co złe. 
Przebojów ciążowych, nie jest w stanie zrekompensować absolutnie nic, oprócz przytulasa z okazji Dnia Matki. I bez okazji też.
I jeszcze prywata ;) Mamusiu, z okazji Dnia Matki, wszystkiego najlepszego i dziękuję Ci, że jestem. Dzisiaj jako mama patrzę na to z zupełnie innej perspektywy, dlatego tym bardziej doceniam Twoje poświęcenie. Kocham Cię! (Zapraszam i zachęcam, to: Blog mojej mamy :)
---------------
*trzeba mówić do ludzi w języku, który rozumieją 
Zobacz też:          (Lista wszystkich postów)

czwartek, 5 kwietnia 2018

Zestawienie postów

Najnowsze

KAMERY NA ŻYWO, czyli: "Albo rybki, albo ci..." - nie no, kiepski tytuł. Ale pasuje.
Wojna o łachmany w 5 aktach, tudzież "ZBIERACTWO vs RZECZYWISTOŚĆ"
NA ostatnią CHWILĘ, czyli W SAMĄ PORĘ
Poczucie możliwości
5 atrakcji ciążowych, za którymi (nie)będę tęsknić
Minimalizm na bałagan 

Fenomeny internetu

Głowologia

Dziedzictwo
Paraliżuje, czy mobilizuje?
Jeszcze jeden krok do przodu
Nie za dobrze?
Postświąteczny post świąteczny
Wakacje w głowie
Wypełniacze
Ja nie o tym
Uleczalnie chora
Kawa na ławę
Dla mnie, poproszę, jeden dom z trawy.
My mieszczanie - Frutarianie
Drukowanie na ploterze, jak to długo trwa! nie wierzę
Blog blog blog blog blog

Twórczość 

Festiwal kiełkowania
Szycie na krawędzi
Naturalna pomadka z mojej kuchni
Igraszka na Choinkę
Baza wirusów została zaktualizowana
A do kawy muffinki


Na Youtube

No i poszło! Alternatywne nazwy produktów na YouTube
ojejku jejku, świnia i dynia
Nic się nie dzieje
Nie ma się co wstydzić, trzeba to uwidzić
Pomieszanie z poplątanniem
Eska Fit... Fap - przepraszam!
Koniec sesji blisko

wtorek, 3 kwietnia 2018

Minimalizm na bałagan

Znów zmiana. Ależ ten czas zap*erdala! Ja wiem, że tak się nie powinno mówić, ale co ja mogę, kiedy ten czas tak właśnie zap*erdala? Poza tym nie mówię, tylko piszę.
Dzień dłuższy, ptactwa naleciało i ćwierka ze wszystkich stron, a słońce świeci pod takim jakimś kątem, że cały brud na oknach widać, jaky mu ktoś kazał. Kiedy to napisałam poczułam się jak jedna z tych ironicznie-przekornie-uskarżających blogerek ło ho ho! u la la! patrzcie na mnie jaka jestem zabawna, tak naprawdę to NIE.
No ale kiedy właśnie tak jest.
Od momentu włączenia komputera, do czasu kiedy jest on zdatny do użytku zdążyłam napisać post na brudno do tego momentu. Nie, przepraszam, komputer jeszcze się otwiera. Pewnie niedługo zdechnie. Powinnam już dawno zrobić kopię zapasową i uporządkować zdjęcia z ok 4 folderów pt.: "z komórki", jednego pt.: "różne" i dwóch "ze starego kompa".
Schudłam ostatnio. Zostało mi jeszcze milion kilo, ale 3 mam już za sobą. W efekcie dalej chodzę w ciążowych ciuchach, chociaż ich nienawidzę, w dodatku trochę na mnie wiszą, ale w te wcześniejsze się jeszcze nie mieszczę, a kupować nowych w rozmiarze wieloryba nie zamierzam! Chciałam wyglądać bardziej wyjściowo, a wyglądam raczej przejściowo. W dodatku jeden karton za dużych ciuchów do wyniesienia, drugi za małych do przyniesienia. Kiedy się w nie już zmieszczę, okaże się, że większość mi nie pasuje do stylówy, albo tak naprawdę nigdy mi się nie podobały i trzymam je bardziej z litości niż z miłości. Mam ochotę to wszystko brutalnie wypierdolić do kubła w ogóle bez przeglądania, kupić sobie ogrodniczki w sklepie BHP i cieszyć się życiem zamiast przekładać z miejsca na miejsce, "bo kiedyś nie będę miała i będzie mi przykro, że wyrzuciłam".
Zrobiłam tak niedawno z zabawkami dzieci. Znowu. No prawie tak samo. Spakowałam wszystko co było nieposprzątane do worków i wyniosłam na strych. Została im jedna ciężarówka, puzzle, kredki i książki, kilka plastikowych zabawek. "Całe szczęście" przyjechała babcia i tego samego dnia chłopcy dostali nowe zabawki, czyli wypełniło się przeznaczenie porządku jako miejsca na nowy bałagan. To zaiste epokowe przemyślenia godne adekwatnej grafiki:

Żałuję, że nie mam takiej determinacji wobec moich zabawek.

Ale o czym ten cały szczebiot? O minimaliźmie, nie widać?
Na wiosnę chcemy oglądać w telewizjach śniadaniowych ładne dziewczyny w towarzystwie swoich 20-elementowych garderób. Podziwiamy ich stanowczość i potakujemy: jaka to wspaniała idea! Mam wrażenie, że takie reportaże, o ile w ogóle mają cokolwiek zmieniać, to nie tyle mają zrobić z nas maniaków żyjących o 100 przedmiotach, ile raczej szczęśliwszych ludzi, żyjących o trzech, do pięciu przedmiotach mniej.
No bo chętnie popatrzę, jak Pani Mini Szafa zachodzi w 3 ciąże i wychodzi z tym wszystkim później na spacer w zimie - Proszę bardzo! Niech Pani Jedyne Spodnie Jeżdżę Rowerem spróbuje być taką minimalistką wyjeżdżając z małymi dziećmi na weekend - albo raczej spróbuje nią nie być i znaleźć w tym całym bałaganie miejsce na coś więcej niż skrajny minimalizm (jedne spodnie, 2 koszulki, szczoteczka do zębów, reszta dla dzieci).
Wiem, że to są tylko kolejne wymówki, ale też i uproszczenia. Bo, o ile rzeczywiście nie potrzebuję tyle rzeczy ile mam, o tyle zajmowanie się tylko sobą i promocją minimalizmu przy pomocy minimalistycznej garderoby, nie jest specjalnym wyczynem. Jest za to znakiem, symbolem który może przyczynić się do wykonania trudu myślenia.
Na przykład dzisiaj chciałam usiąść i napić się śmietankówki i iść spać, za to usiadłam i uporządkowałam kawałek swoich myśli. W dodatku nie wyprodukowałam przy tym żadnych śmieci, a może ostatecznie wstąpi we mnie minimalistyczny duch i zrobię w końcu porządek na dysku? Kto wie...

Jeśli Lubisz to udostępnij :)
Zobacz też mój poprzedni post: Dziedzictwo
Albo ten: Wakacje w głowie
Zobacz spis postów: Tutaj
Do zobaczenia!

KAMERY NA ŻYWO, czyli: "Albo rybki, albo ci..." - nie no, kiepski tytuł. Ale pasuje.

Oglądanie rzeczy na żywo w internecie daje sporo frajdy. Trochę zaspokaja ciekawość podglądacza, pomaga zwalczyć poczucie samotności. Osobl...