wtorek, 11 listopada 2014

My mieszczanie - Frutarianie

Właściwie miało być "wegetarianie", ale sylaby by się nie zgadzały. Jak dla mnie, na jedno wychodzi. Nie chcę się tu za bardzo zagłębiać w szczegóły ideologiczne i jestem daleka od stwierdzenia, że to jedno i to samo, więc stwierdzam tylko tyle, że definicje nie są tu istotne. Chodzi o jedno - o mięsko, a raczej jego brak.
Daliście się nabić.
Jako mięsożerca od pokoleń, traktuję mięso jako clou menu. Niezależnie od stękania obrońców mylnie pojętych praw zwierząt i rozdmuchiwania dziwnych mód ze Stolycy, z bliższego, czy z dalszego wschodu, nie zacznę naglę żyć jak królik, bo nie do tego stworzył nas Bóg. Tzn mnie, inni mogą sobie myśleć inaczej. Oczywiście jako rozważna mama i odpowiedzialna żona dbam o zbilansowaną dietę mężczyzn mojego życia. Mimo protestów* więcej na talerzu warzyw, jajeczko się przewinie i rybka raz w tygodniu, a to się nawet kasza zdarza. Jedno jest pewne - mięcho musi być! Tylko co to ma być za mięso? 
Okazuje się, że najlepszy opis mięsa przypomina opis dobrego mężczyzny: definicja przez zaprzeczenie, czyli czego NIE robi. Otóż mięso jakiego by się chciało: nie śmierdzi oborą, nie ma opalizującego nalotu, nie jest w środku zielonkawe, nie rozpada się w palcach, nie puszcza wody i nie wysmażają się z niego gluty ani piana. Problem w tym skąd takie mięso wziąć. Już śpieszę z odpowiedzią, a brzmi ona: znikąd. 
Dupa zbita, czort bombki szczelił, obiadu nie będzie, mięcha nie kupisz! No choćbyś się usrał na miętowo. Nie kupisz. 
Kiedyś jeszcze myślałam, że może to partię przywieźli felerną. Na pewno będzie lepiej. Dawałam sklepom kolejne szanse, bo przecież to nie jest możliwe, że sprzedaje się ludziom cały czas gówno i można się utrzymać. A jednak! Przychodzą po więcej. Sama przychodziłam. Stałam jak idiotka przed profesjonalnie uśmiechniętą panią w fartuchu i prosiłam o 30 dkg mielonego (z którego po usmażeniu zostawało niecałe 20), o schabowego (przez którego bez specjalnego zamachu przebijesz tłuczek na wylot), o podwójną pierś z kurczaka (bo z pojedynczej to mało co zostaje i można ją kroić łyżką, a wodę ze "smażenia" właściwie lepiej odlać, bo się dziwnie pieni). Co tydzień w sobotę dawałam się nabrać i to coraz bardziej. Dawałam sobie dolać coraz więcej wody do mielonego aż pewnego pięknego dnia wzięłam turystyczną lodówkę do teściowej i raz zaopatrzyłam się w Oleśnie, małym miasteczku niedaleko Opola. Schabowe jakieś takie małe, ale po usmażeniu prawie w ogóle się nie skurczyły. Mięsko mielone takie ładnie czerwone i pachnie dobrym tatarem. Kurczak smakuje jak kurczak, a nie jak galaretka z dodatkiem kurczaka. Poza tym wszystko przynajmniej o 1/3 tańsze... Byłam w szoku i teraz nie wiem co mam robić! 
Moją nadzieję ostatecznie dobił dzisiaj mój małżonek przynosząc do domu wieści:
- Rozmawiałem z sąsiadką..
- Którą sąsiadką?
- Tą na drugim piętrze, za raz po lewej, tą grubszą, starszą.
- No, wiem, wiem
- I pytałem się jej, czy zna jakieś miejsce gdzie można kupić mięso we Wrocławiu. Bo mówiłaś, że jest z tym problem. Ona tu mieszka od dawna i myślałem, że będzie wiedziała, a ona mówi, że nie ma takich miejsc. 
No załamałam się. Już wiem dlaczego tu tyle wegetarian. 
Czy Wrocławianie nie wiedzą jak smakuje prawdziwe mięso dlatego dają się nabijać w butelkę? Czy może mają swoje tajne miejsca zaopatrzenia? Sami hodują sobie zwierzaki na niezmierzonych połaciach swoich ogródków działkowych? Czy po prostu nie wierzą, że to może się zmienić? Że można inaczej! Ach, jak to górnolotnie brzmi! Mogę w pomalowanej kołdrze "bekonować" po Legnicy (zobacz), ale nie jestem tylko, jak to mówią, ładnym pokrowcem. Coś pod tymi białoróżowymi paskami się kryje! I jest to właśnie chęć zmiany na lepsze. Mam ochotę to napisać z wielkich liter: Chęć Zmiany Na Lepsze! 
Gdybym startowała w wyborach to byłoby moje hasło wyborcze: Każdy ma prawo do jedzenia dobrego jedzenia! "NIE" dla producentów nasączających mięso wodą! "NIE" dla dodawania słoniny i dolewania wody do naszych mielonych! "NIE" dla marnowania naszego czasu, pieniędzy i karmienia naszych dzieci bezsmakowym produktem mięsopodobnym! Może to głupie, ale naprawdę w to wierzę. Demokracja jest dobra dla mężczyzn. My kobiety wiemy, że najlepiej żyje się w hegemonii dobrze i dyskretnie sterowanej przez panią domu, dlatego zachęcam do przewietrzenia zamrażarki ze starych selerów i pradawnych porcji rosołowych, zorganizowania swoich kierowców i środków transportu, zmobilizowania środków pieniężnych i zabrania się na wycieczkę na jakiś targ w podwrocławskim (albo innym podwielkomiejskim) miasteczku. Raz w miesiącu można się szarpnąć na taką podróż.
Zapewniam, że takie rozwiązanie ma mnóstwo zalet. Po pierwsze - nie trzeba się co kilka dni tułać po sklepach i stać w kolejkach zastanawiając się znowu co na obiad. Robi się jadłospis na miesiąc i później można się go trzymać, albo zmieniać, ale zasoby w zamrażarce już są. Po drugie - większe miasta są naprawdę droższe. Liczę, że taka podróż rekompensuje się w połowie wyjadania zapasów. Po trzecie - (to powinno być pierwsze) jakość mięsa w małych miejscowościach jest nieporównywalnie lepsza niż np w tym Wrocławiu. W mniejszych miejscowościach ludzie szybciej się ze sobą porozumiewają i dłużej pamiętają wpadki sklepikarzy. Fama niesie! Wiadomo skąd przyjeżdża dobre mięso, a skąd słabe. I pamiętają tak jak my powinniśmy pamiętać. Jeżeli nie będziemy kupować gówna, to nie będą nam tego przywozić. 
Jestem teraz w fazie protestacyjnej. Poważnie zbuntowana i śmiertelnie obrażona na ostatni sklepik, w który stanowczo za długo wierzyłam i w ogóle nie kupuję mięsa. Wyjadam zapasy, ale na ostatnią pierś z kurczaka nawet nie mogę patrzyć. Wiem co z niej wylezie. A w weekend jadę do teściowej na wioskę. Nie dam się robić w c*uja i wszystkim, którzy dali radę dotrwać do tego akapitu też do tego zachęcam. Na pewno jest jakiś sposób żebyśmy przestali godzić się na traktowanie nas jak bezdomne koty - nikt tego nie kupi, to rzućcie to na Wrocław! 
Smacznego!

________________
* niemych i prawie niezauważalnych jeżeli chodzi o męża, za to ostentacyjnych - syna. Ma nieco ponad roczek więc na razie nas to bawi, ale będzie trzeba nad tym popracować. 

niedziela, 12 października 2014

No i poszło! Alternatywne nazwy produktów na YouTube


Nie wiem co mam o tym napisać. Po prostu chciałam to zrobić. Zabierałam się do tego jak pies do jeża, ale w końcu powstało. Ostatnimi czasy mam małe pole manewru jeżeli chodzi o nagrywanie czegokolwiek, bo moja druga połówka pracuje teraz w domu, ale w końcu odważyłam się i powiedziałam mężowi o tym, że prowadzę kanał na youtube. Oczywiście nie był zachwycony, ale on ogólnie nie jest zachwycony jeżeli robię coś nietypowego, chociaż podobno teraz każdy kto ma kamerkę zakłada kanał na yt, więc skoro to nie jest już takie niezwykłe, to dlaczego on nadal jest niepocieszony. Nie wiem. 

Może nie powinnam tego pisać, ale bardzo, bardzo bardzo nakręciłam się na zrobienie parodii tej nowej piosenki Cleo i Donatana... jak ona się nazywa.... Brać. tak, brać. Donatan podobno opublikował instrumentalną wersję tego kawałka i zachęca internautów do tworzenia przeróbek. Piosenka jest na górnej granicy mojej tonacji, więc będę musiała sporo poćwiczyć pod prysznicem zanim nagram wokal i może sąsiedzi nie odbiją sobie tynku na suficie od stukania w niego kijem od miotły, żebym przestała śpiewać - jeżeli tak będzie, to nagram swoją wersję tej piosenki. Tekst nie jest wesoły, bo w głowie kłębią mi się nawiązania do przemocy... Przyznam się, że tekst już powstał - na super speedzie/spontanie/w trakcie jazdy samochodem i po ciężkim dniu, ale jest warty zarejestrowania, bo traktuje o naprawdę poważnym problemie. Może to nie pasuje do dotychczasowej tematyki mojej twórczości, ale powstało, więc pójdzie na yoututut. Mąż mnie na początku ofuczał, że to głupia piosenka i mu się nie podoba, więc po co ją parodiować, ale w końcu się przekonał i nawet dodał ze dwa wersy od siebie. Będzie, cierpliwi doczekają, a ci co nie czytają to nawet nie wiedzą. 
Dziękuję za uwagę, i to nie w takim kurtuazyjnym sensie, tylko na prawdę jestem wdzięczna za uwagę poświęconą temu co robię. Cieszę się, że ktoś to czyta i ogląda:D

poniedziałek, 29 września 2014

ojejku jejku, świnia i dynia

W przygotowaniu filmik o alternatywnych nazwach marek. Mamy nieoficjalne przecieki:



a reszta ujrzy światło dzienne kiedy będę miała spokojniejszy dzień. Spokojniejszy, bo o spokojnym mogę jedynie pomarzyć. 
Właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że wybrałam dwie marki związane z seksem. No dobra, niech już tak zostanie :) 

W niedzielę spełniłam moje marzenie i zrobiłam lampion z dyni. Wiem, że jeszcze nie pora, ale każdego roku odkładałam to na później, a później nie nadchodziło, więc postanowiłam iść za głosem serca, kupiłam dynię, która wyglądała z wystawy i mówiła do mnie: muszę być twoja! Później kupiłam jeszcze jedną i wykorzystałam dzieci sąsiadów do wygrzebywania pestek ze środka. Miały przy tym sporo radości. Na tym co już dzieci nasmarowały mazakami na dyniach naszkicowałam w miarę straszne paszcze i zabraliśmy się z tatą do wycinania. Z części miąższu moja mama zrobiła zupę, a z reszty zmotałam ciasto. Wszystko było pyyyszne i nic więcej nie napiszę, bo nie chcę, żeby ten blog nabrał kulinarnych odcieni, ale polecam - naprawdę cudowne warzywo! Jakby ktoś się skusił, to wszystkie przepisy są w internetach, tylko nie wolno wybierać pierwszych w wyszukiwarce, tylko te dalsze, trzecie i czwarte, najlepiej z blogowych, te takie które mają nieprofesjonalne zdjęcia. Na koniec wybrałam z tej ciapy ze środka dyni pestki, wypłukałam i suszą się do szkubania. 
Tak oto wszystkie moje dyniowe fanaberie zostały zrealizowane. Dawno nie miałam tak udanego weekendu. Po prostu: DYNIA konekting pipl. iiii zdjęcia:




Nie w temacie: Wardęga rządzi! 
Pozdrawiam, całuję, ściskam i pozdrawiam
paa! 

środa, 17 września 2014

Nic się nie dzieje

Odgruzowuję z Markiem mieszkanie, w którym nie byliśmy półtorej miesiąca
Wkurzam się na kurz produkowany przez panów budowlańców podczas remontu elewacji
Robię stronę internetową
Piję piwo i jem paluszki
Zastanawiam się co ja tutaj robię 
i zaczynam się stresować nadchodzącym semestrem
Poza tym mam szalony myślotok w głowie i nie wiem co mam ze sobą począć. Najchętniej zrobiłabym jakiś głupi filmik

Na ścianie siedzi mol spożywczy. Nie wiem skąd się tu wziął. Przed wyjazdem wysprzątałam wszystko co mógłby chcieć zjeść, ale widocznie znalazł sobie jakieś okruszki i żyje sk*rwysyn. Takie tam rozterki pani domu. Ach! Jakież to perfekcyjne. Różowe-Tipsy-Blond! Nie licząc kurzu budowlanego w każdej porze mojego ciała i wokół mojego ciała. 

I we włosach. Chciałam zdradzić coś. Ostatnio znajomy powiedział mi, że w na moim kanale widać dużo pracy i pomyślałam, że upublicznię trochę informacji typu making-of. Może zacznę od Eska Fap. Kręcenie materiału do tego filmiku trwało cały dzień nie licząc przygotowania tekstu i montażu. Treść powstała spontanicznie w przerwie między czymś a czymś innym i długo leżakowała gdzieś pośród papierów. Chyba największym zaskoczeniem dla mnie były trudności w zapamiętywaniu tekstu. Nie pamiętam kiedy ostatnio uczyłam się czegoś na pamięć, a wiadomo, nieużywany organ zanika, więc... nie, nie sugeruję, że zanikł mi mózg. Ale chyba trochę tak, bo na robieniu makijaży, co robiłam przy pomocy moich naprawdę szczupłych zasobów kosmetycznych, spędziłam mnóstwo czasu. Najwięcej fanu miałam przy smarowaniu sobie włosów olejem spożywczym przy grafiku-heavymetalowcu. Podobała mi się też malowanie sobie pojedynczej brwi. Aha i jeszcze grafika na zakończenie powstała nieco wcześniej i właściwie miała być sama w sobie komentarzem do całej poronionej idei Eska Fit, ale pomysł rozwinął się do takiej formy jaką można zobaczyć na youtube. Przy tworzeniu tego obrazka przejrzałam kilka stron ze zdjęciami striptizerek w naprawdę bardzo różnych, dziwnych pozycjach (nawet ściągnęłam parę fotek), co było nieco krępujące zwłaszcza, że robiłam to przy moim mężu... Więc rzeczywiście, mimo że sam filmik zrobiłam ostatecznie w 2 dni, to wszystko związane z tworzeniem go trwało trochę dłużej. 

I jeszcze jedno. Wiem, że słowo "filmik" jest zakazane w gronie youtuberów, ale jak chcesz to cholerstwo inaczej nazywać? Kiedy przesyłaliśmy sobie linki na gadu (czy ktoś tego jeszcze używa?), pokazywaliśmy sobie "filmiki". Ta nazwa towarzyszy mi od kiedy wiem o istnieniu youtuba. Jest ze mną od czasów zanim ludzie przetłumaczyli sobie facebooka i zaczęłi wrzucać rzeczy na "łola" (co za durna nazwa) i "szerować" (ja pierdole!) różne rzeczy. Czy potrzebujemy jakiejś bardziej wysublimowanej nazwy? Ja robię filmiki. Dobranoc

wtorek, 2 września 2014

Nie ma się co wstydzić, trzeba to uwidzić

.. albo uwidzieć, jak się mówi w moich rodzinnych stronach, ale wtedy by się nie rymowało. Kolejna paranoja ujrzała światło dzienne, albo raczej nocne za pośrednictwem jutuutuutuutut tuut-bowego kanału. Nie nalegam, ale że dobrej promocji nigdy nie za wiele, wrzucam filmik tu:
i bardzo miło przyjemnie chętnie i bezwzględnie zapraszam do obejrzenia, bo nie może być inaczej. Nie mam się co za bardzo rozpisywać, zobacz to! Niech się dzieje co chce

sobota, 16 sierpnia 2014

Pomieszanie z poplątanniem

Nie mogę uwierzyć i trochę mnie to krępuje, że tyle ludzi obejrzało moje ostatnie filmiki i w dodatku dostaję pozytywny oddźwięk. Dziękuję wszystkim za dobre słowo i za oglądanie i udostępnianie moich wyczynów, bo każde obejrzenie moich uwywnętrznień baaaaardzo mnie cieszy! Bardzo,  bardzo bardzo!
Z kuli tego, że najbardziej kręci mnie robienie tego typu wygłupów i powstanie ich trochę więcej, to muszę trochę zmienić politykę odnośnie mojego kanału na jutututu (tylko przypominam). Mianowicie: moje vlogowe filmiki znajdą nowy dom na nowym kanale (link pojawi się pewnie tu gdzieś niedługo), bo nie odmówię sobie przyjemności z robienia pamiętnikopodobnych mamusiowych filmików, bo za bardzo mnie to kręci. Dlaczego tak, to wydaje się oczywiste - nie chcę łączyć tematu macierzyństwa, życia domowego z tematem śmierdzacych żuli w tramwajach i przeklinania na nieprzyzwoite tematy (przepraszam za to moich rodziców, którzy oglądali i nawet im się podobało (oprócz przeklinania za które jeszcze raz przepraszam) ;)

Zdaję sobie sprawę, że moje zawrotne liczby odsłon to nic w skali... w jakiejkolwiek skali, ale i tak czuję jak rosną mi skrzydła kiedy licznik się kręci. Dziękuję jeszcze raz i przesyłam burzę całusów!

piątek, 1 sierpnia 2014

Eska Fit... Fap - przepraszam!

Odczuwam silną potrzebę wytłumaczenia się, bo TO (Link) jedna z głupszych i bardziej żenujących rzeczy jaką zrobiłam EVER. Próbowałam zrozumieć co kierowało pomysłodawcą prześwietnego programu z gatunku parafitness - "Eska Fit" w ESKA TV. Chodziło mi to po głowie od kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. To co powstało, to inspirowana moimi przemyśleniami scena ze spotkania zarządu telewizji muzycznej o wdzięcznej nazwie DESKA TV. Powstało nawet logo! 
Zapraszam do obejrzenia filmiku 


Pozdrawiam, przepraszam, zachęcam do subskrybowania! :D:D:D:D:D

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Koniec sesji blisko

Już mam serdecznie dość. Jeszcze zostały 2 dni sesji i 2 egzaminy. Dzisiaj oddałam ostatni projekt skończony przy ogromnej pomocy Adriana, który zrobił wizualizacje i mojej mamy, która zaopiekowała się moim małym dzieckiem. Już nie mogę się doczekać kiedy będę miała to z głowy. 
Tak już mi się nie chce... 
Dziecko zostało na tych kilka ostatnich dni sesji na wsi z babcią właśnie. Pierwszy raz bez mamusi i mamusia bez dzidziusia. Strasznie mi się za nim tęskni, ale też mam dużą motywację, żeby to wszystko jak najszybciej doprowadzić do końca. Nie mam czasu na nic poza studiami i a już mam ochotę zrobić coś głupiego. Coś czego nikt ode mnie nie oczekuje. Na początek oczywiście spędzimy z Francikiem kilka dni na beztroskim kulaniu się po podłodze. 
A póki co chodzą mi po głowie różne głupie pomysły. Zakładam bloga modowego i nowy kanał na jutube. Na razie tylko tyle: 
art. Georgina Gorgeous

Każdy jutuber prędzej czy później dorabia się swojego alterego. Czy ja też mogę? Oto panna jakich wiele... wiele osób nie trawi. Zarozumiała malarka, twierdzi że ma talent, ale czy ma coś więcej niż tylko wybujałe ego? Przekonana o swojej doskonałości postanowiła prowadzić poradnik malarstwa oraz przekazać światu całą swoją wiedzę o stylowym ubieraniu się. Każdy ma prawo do wyrażania się tak jak mu w duszy gra. Nie wszyscy jednak powinni to robić. To będzie mój komentarz na dziewczyny, które ciągle pojawiają się koło mnie tak niespodziewane jak nieproszone i zawsze potrafią zaskoczyć mnie nową dawką wyższości, impertynencji i ignorancji. 
Nie ukrywam, że ogromną inspiracją jest dla mnie Miranda Sings, której kanał bardzo serdecznie polecam - zaśmiewałam się do łez z jej filmiku z Zoellą 7 second challenge. I jej drugi kanał vlogowy PsychoSoprano

Na razie kompletuję fanty - klej do rzęs, odpowiednie ciuchy, testuję mejkap :) Myślałam, że zrobiłam sobie mocny makijaż... ale na zdjęciach wcale nie wygląda na mocny. Muszę się jeszcze dużo nauczyć

Życz mi powodzenia!

sobota, 7 czerwca 2014

Blog blog blog blog blog

Nic się nie trzyma kupy, wszystko jest na odwrót. Zbliża się sesja i mam coraz mniej czasu, a mam ochotę teraz robić wszystko. Dostłownie WSZYSTKO. Ale to chyba jest normalne. Zwłaszcza wśród studentów. Zaczęłam ostatnio wrzucać filmiki na jutuba. Bardzo mnie to wkręciło i chciałam cały czas tylko robić filmiki - pierdzielić studia! filmiki są ważniejsze! I żeby uratować swoją przyszłą więlką karierę architekta postanowiłam, że będę wrzucać filmik co tydzień. Mam zeszyt zasmarowany pomysłami - różnymi, głupimi, trudnymi, normalnymi, wymagającymi przygotowań - ogólnie wszystkim co mi przyszło do głowy, a siłą rzeczy nie mogłam zrealizować. 

Pracuję teraz nad 3 projektami na studiach. Projektem urbanistycznym, projektem wnętrza i projektem z architektury krajobrazu, która mnie przeraża. Muszę też zaliczyć wykład z mechaniki budowli. A i mam dziecko - tak, to ważna część mojego życia - dziecko i mąż, albo odwrotnie. 

Nie wiem dlaczego zakładam tego bloga. Chyba żeby mieć jeszcze mniej czasu. P*erdole. Chcę, to robię. Wszystko ogarnę i będzie super. Będą wakacje i muszę zrobić prawko, praktyki, znaleźć robotę na przyszły semestr, bo będę miała prawie całkiem wolny, bo robię tylko projekt inżynierski. Jeżeli jest ktoś, kto szuka taniej siły roboczej do rysowania w AutoCadzie, 3DsMaxie, Paincie albo na kartce, to powiedz mu proszę, że szukam pracy :) Najlepiej pracy z domu - ale ze mnie marzycielka. Zachciało się dzieciara mieć, to siedzieć teraz w domu! Bardzo chętnie! Najchętniej przy okazji pocisnęłabym jakiś projekcik. A właśnie zapomniałam: Będę robić projekt wnętrza dla teściowej znajomej mojego męża. Podobno zajebista starsza pani chce przerobić wszystkie wnętrza w domu. Jestem podjarana tym tematem i nie mogę się doczekać kiedy tam pojadę. To za kilka tygodni. Na razie idę spać, bo dziecko budzi się wcześnie i wcale nie chce się przytulać, tylko woli hopsać. 


Przepraszam za ten rwący potok myśli i jeżeli nadal czytasz, to dziękuję Ci bardzo za wytrwałość i cierpliwość. Obiecuję kolejne wpisy w lepszym wydaniu - może kiedyś się wyśpię i będę w stanie sensownie myśleć. A póki co wrzucam swój najnowszy filmik, zapraszam do zajrzenia na mój kanał na youtube: Jagodowe myśli i przejrzenia co tam się dzieje. Póki co jestem na etapie ogarniania się z techniką robienia filmików i chyba idzie mi coraz lepiej. Tyle na dziś. 
Ściskam i do zobaczenia!

Kuchnia jak z bajki, tyle że raczej nie z mojej.

Patrzę sobie w internety na inspiracje odnośnie wnętrz. Filmy pt.: “room tour”, gdzie znane osoby chwalą się posprzątanym mieszkaniem albo...